Grzegorz Trochimczuk

30.

Nienapisane wiersze kłębią się.

31.

Urzędy próbują zabić instynkt twórczy. Urzędy rozdają karty w walce o fundusze na objawienie dzieł szerszemu gremium odbiorców, na przykład czytelników. Komu brakuje sił na przedzieranie się przez biurokratyczne zasieki broniące dostępu do pieniędzy a wygrana zależy od zdolności żonglowania między strategią a metodyką w aurze niejasnych przepisów dopuszczających dowolność ocen i decyzji akceptujących lub nie przygotowane do realizacji projekty. Komisje oceniające je ubierają się tylko w formy pozorów dla zmylenia osób aplikujących o dotacje. Dowolność działania urzędnika jest pierwszym zabójcą wolności w świecie kultury i sztuki na szeroko pojmowanej niwie społecznego uznania.

Pisarze o ugruntowanych pozycjach na rynku wydawniczym, żywią się niczym celebryci papką medialną, i wtłoczeni w tryby funkcjonowania w świetle reflektorów, przyzwyczajeni są do czerwonych dywanów, do błyskania fleszów, a także kanap telewizji śniadaniowej i pegazów opowiadających legendy o wziętych autorach. Czytelnik rozpoznaje twarze i przypisane im nazwiska na okładkach tomów wrzuconych na sterty w dziale nowości. Wtedy kupuje. Nikt nie wie, ile sprzedaje się książek, ile zarabia twórca a ile jego mentor czy pośrednik z wydawnictw i dystrybucji.


Jakie drogi wiodą na świecznik? Czemu te drogi prowadzą przez zagony prywaty? Być poleconym przez tego, który ma Pozycję. Pisarz nie został powołany do uwłaczającego jego godności włóczenia się po urzędach dla wygrzebania z jakichś zmurszałych czy tajnych szuflad nieco pieniędzy na pożytek Wysokiej Kultury. Robi to, bo przyjmuje postawę konformistyczną wobec dyktatury wyuzdanego kapitalizmu. Jest mało znaczącym ogryzkiem pop-kultury. Żałość, wielka żałość. Już dawno w Polsce nie przeprowadzono kongresu literatury polskiej. W opozycji do siebie są związki twórcze pisarzy. Dzieli ich widmo ustrojowej przeszłości. Dlaczego część pisarzy kocha zabawę z widmami, nie wiadomo. Im dalej od przeszłości, tym większa imaginacja demonami. W Polsce postkomunistycznej a przecież już demokratycznej, wolnej od czerwonej przemocy, jednak uzależnionej od wszechwładnej mamony, urodziły się nowe Dziady, które włóczą się bezsensownie po naszych polach i podnoszą nieustannie, niczym nie usprawiedliwione, larum Walcie się Panowie!


Tak, Kongres, jako niepospolite ruszenie pisarzy, poetów, dramatopisarzy, eseistów, krytyków itd. – dałoby jakąś nadzieję na nowe otwarcie. Oczywiście widzę dwa zagrożenia. Jedno wewnątrz środowiska, jako niechęć do zaakceptowania warunków zgody. Drugie w podejściu władzy, która jak dotąd nie tylko nie angażowała się dla dobra kultury języka polskiego i literatury, ale nie wykonała najmniejszego kroku dla zapewnienia podstawy dla bytu materialnego dla rozwoju polskiej literatury i jej promocji na świecie.


Czy ja muszę się tym zajmować? Nie, przecież. Ale skoro piszę o tym i o owym, to i to być może ma swoje uzasadnienie. Uzasadnienie tkwi po prostu we mnie, w mojej istocie.