Wypowiedź miesiąca

Yves Bonnefoy - poeta żywy

Podjąłem trud nagrodzony. Mam dwa tomy Yvesa Bonnefoy’a POEZJE, które nabyłem od pani Ireny Doroz-Dąbrowskiej, wydawcy książki. Serdecznie Pani dziękuję. Za mną już lektura I tomu, więc zapadłem całym ciężarem w tom II. W gęstą, niełatwą poezję Autora obfitującego wyobraźnią albo dysponującego dostępem do świata, który czasem się przydarza. Tak jaki jemu się przydarzył. Świat zaskakujący, dający się objąć oczami przez życie utrwalone w poetyckim zapisie ale wynikający z emocji i intelektu Autora.

(...) zawsze
Prostując skrzydło niemożliwego
budzisz się z krzykiem.

Tak budzi się Rzeka, pierwszy poemat Ułudy progu.

Od pierwszych słów przekroczyłem próg niemożliwego do opowiedzenia świata, który rozporządza Bonnefoy’ em, daje mu do obróbki symbole dla poszerzenia ich znaczeń. Jak ziemska rzeka staje się nieziemską, jak przewoźnik, który wspierał się całym ciężarem o wiosło. Jego oparcie było gdzieś w głębi nienazwanych błot rzeki.

Fernando Pessoa z mózgiem i palcem Alberto Caeiro – część II

Obiecałem, że zajmę się innym zbiorem Fernando Pessoa: „Poezje zebrane Alberta Caeiro"*, który jest dziełem heteronim Pessoa. Dzięki powołaniu do życia odrębnego poety Alberta Caeiro możliwe było zaprezentowanie wyrazistego podejścia do świata i siebie samego, niekoniecznie wyrażającego jedyny i całościowy światopogląd Pessoa. Mógł zatem swobodnie przedstawić koncepcję, która w całości może podobać się czytelnikowi, a może też wywoływać sprzeciw, po części zgadzając się z Caeiro a również nie zgadzając.

„Nie mam filozofii, mam zmysły..."** napisał Alberto Caeiro i zawarł w tych kilku słowach całą prawdę o istocie jego poezji. W liście do Adolfa Casaisa Montero (1908-1972) portugalskiego poety, prozaika i krytyka, Pessoa ujawnia genezę swoich heteronimów. I cóż Caeiro narodził się niespodziewanie, jako dziecko ekstazy pisarskiej. „8 marca 1914 roku – podszedłem do wysokiej komody i wziąwszy papier, zacząłem pisać na stojąco, jak piszę zawsze, kiedy tylko mogę. I od ręki napisałem trzydzieści kilka wierszy (...) Zacząłem od tytułu Strażnik trzód. A następnie pojawił się we mnie ktoś, komu od razu nadałem imię Alberto Caeiro. Proszę wybaczyć mi absurdalność zdania: pojawił się we mnie mój Mistrz."

„Caeiro blondyn i blady, niebieskie oczy, (...) nie odebrał prawie żadnego wykształcenia – tylko szkoła podstawowa; wcześnie odumarli go i ojciec i matka i postanowił zostać w domu, żyjąc ze skromnej renty." To tłumaczy dlaczego w wierszach Caeiro nie spotykamy żadnych archetypów, brak odwołań do mitów, nie ma ani cienia uznania dla mistrzów słowa, którzy zapełnili Ziemię swoimi osobowościami i biblioteki swoimi słowami. Jest tylko to co w zasięgu wzroku, czego można dotknąć, czym odetchnąć. Natura w swoim ogromnym i natarczywym wydaniu, żadnych innych świętości.

„Nigdy nie strzegłem trzód, / Ale jest tak, jakbym strzegł. / Moja dusza jak pasterz / Poznała wiatr i słońce. /.../ Cały spokój Natury bez ludzi / Przysiada u mego boku." Oto już w pierwszych wersach Strażnika trzód wyraża się istota rozumienia świata i istota poezji powołanej do opowiedzenia tego co widać i tego, jak to jest odczute.

Fernando Pessoa, pisarz jak współczesny – część I

Kto wie, kim był i kim jest ten krótko żyjący Portugalczyk. 1888-1935 to krótkie życie i jak widać już dość odległe w czasie. A jest uznawany za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. I był niezwykle płodny skoro pozostawił do wydania prawie 27 tysięcy stron. Statystyki wystarczy. Niezwykłe jest to, że dotarłem do niego na chybił trafił na najniższej bibliotecznej półce, gdzie nikt z bólem kręgosłupa nie powinien sięgnąć. A jednak, ani oko ani mój nos nie zawiódł i pozwolił nadrobić zaniechanie w literackiej edukacji. To mówię szczególnie nauczycielom.

Przede wszystkim wpłynąłem na szerokie wody jego „Księgi niepokoju napisanej przez Bernarda Soaresa"*. B. Soares to jeden z licznych (ok.70) heteronimów Fernanda Pessoa. Można sądzić, że taki zabieg pozwolił mu tworzyć dzieła odmienne stylowo a nawet sprzeczne z systemem poglądów „właściwego" autora. Użyłem cudzysłowu, bowiem można też przyjąć, że autor rzeczywisty ma prawo posiadać niespójną osobowość, ulegać potrzebie różnorodnego postrzegania świata, dawać świadectwo rzeczywistości nieprzystającej do jakiekolwiek wiedzy lub przyjętej i obowiązującej w określonej społeczności. To prawo indywidualności i artysty.

W „Księdze niepokoju" Soares a faktycznie Pessoa w licznych krótkich i nieco dłuższych rozprawkach dokonuje skrupulatnej analizy siebie samego, własnego stanu odczuwania, widzenia i oceny rzeczywistości, stosunku do świata i innych ludzi znanych i nieznanych. To wielkie pogodzenie z życiem i rzeczywistością takie jakie są, a nie jakie mogłyby być. Soares narrator jest samotnym mężczyzną w niewielkim lizbońskim mieszkanku, regularnym bywalcem niewielkiej jadłodajni na półpiętrze, skromnym urzędnikiem na nieeksponowanym stanowisku w niewielkim biurze przy ulicy Złotników. Facet zwyczajny. Zwyczajny jak ja czytelnik po 100 latach, w innym mieście, nie kawaler uwikłany w życie rodzinne i trud zdobywania chleba. Też marzyciel, też pisarz."Czy ja wiem jaka jest różnica między drzewem a marzeniem? Drzewa mogę dotknąć, a marzenia mam." (s.93).

Yves Bonnefoy - poeta zapętlony

Nie było przypadkiem, że natrafiłem na Teatr Bonnefoy' a wydrukowany w Poezji w 1967 roku, ponieważ celowo czytywałem ten nieistniejący już miesięcznik. I kiedy Teatr rozpoczynał się:

Widziałem cię biegnącą po tarasach,
Widziałem cię walczącą z wiatrem.
Chłód krwawił na twoich wargach.*

zacząłem równocześnie moją podróż wewnętrzną przez świat Bonnefoy' a. Przez podziemny świat egzystencji Douve, która zawładnęła najpierw umysłem poety, a przez jego słowo – moim.

Nie można przejść obojętnie,

Budzę sie, pada deszcz. Wiatr przenika cię, Douve, żywiczna
łąko uśpiona przy mnie.*

I konsekwentnie przeniknie ją rzeczywistość śmierci, możliwa do opisania i zinterpretowania, do cielesnego przeżycia.

Widzę leżącą Douve. W szkarłatnym mieście powietrza, gdzie na jej twarzy zwalczają się gałęzie, gdzie korzenie drążą sobie drogę w jej ciele, promienieje skwierkliwą radością owadów, przerażającą muzyką.
W czarnym progu ziemi spustoszona Douve łączy się tanecznie z węźlastym brzuchem płaskowzgórzy.

Przez wiele lat twórczość Bonnefoy' a nie była dostępna (oczywiście przez brak zainteresowania wydawców). Tymczasem historia Douve, przeżyta przez Bonnefoy' a i wystawiona nam, utkwiła we mnie niby ość, której już nie byłem w stanie wyjąć. Rosła we mnie, dojrzewał jak wino, jak smak dawno poznany, za którym tęsknimy.

Teraz wąwóz do ust przenika,
Teraz pięć palców w losach lasów się rozprasza,
Teraz dawna głowa tonie w trawach,
Teraz pierś gnie się pod ciężarem śniegu i wilków,
Oczy tchną wiatrem na podróżnych śmierci i to my na tym wietrze teraz w tej wodzie w tym zimnie.*

Wreszcie udało mi się nabyć wydaną w 1996 roku przez C&D International Editors, książkę POEZJE Yves Bonnefoy' a**, w tłumaczeniu Adama Wodnickiego.

Myśli dowolne

"... chodzi o to żeby znalazł się w jakimś momencie w którymś miejscu na ziemi ten jeden odbiorca, który wzruszy się, zamyśli lub pokocha choćby jeden mój tekst. To wystarczy!"

***

Poetę podnosi jego własna dźwignia językowa.

***

Istnieją arcydzieła, przy których autor ziewał.

***

Nie wiem czy można powiedzieć, że wiersz został napisany sprytnie, ale czasem dobry tekst ma „to coś".

Refleksja

śpiesz się – człowieku
wątpiący – śpiesz wyregulować wahadło czasu
od pytań po sens

dopiero wtedy światło
pocieszy – obejmując – jak gdybyś stał się nagle
kruchą zabawką

Tak napisałem w wierszu „idący we mgle"1 i przywołuję teraz w czasie niezwykle refleksyjnym, końcu roku, kiedy Chrystus się rodzi, moc truchleje. Po najdłuższej nocy przybywa dnia, i znowu jesteśmy świadkami misterium. Znajduję piękne słowa Cypriana Norwida w tym magicznym momencie:

Pomiędzy świtem a nocy zniknięciem2
Płomienne blaski różowe z mrokami
Walczą, jak Cnota z ś w i a t a – t e g o Księciem –
Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je coś mami.
Pomiędzy świtem a nocą jest chwila,
Gdzie hoże łuny z czarnymi krepami
Błądzą, aż bystry promień je przesila.
Ostatnia gwiazda wtedy w niebo tonie,
A słońce rude swe wynosi skronie –
I periodyczna pamiątka s t w o r z e n i a
Wciąż od P a ń s k i e g o kreśli się skinienia.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wielokropek a po nim choćby potop

„Deszcz pada ..." lecz pisarz nie wie od kiedy, jak długo jeszcze, jak rzęsiście, na jakim obszarze, co mówią prognozy, czy ponownie został wybrany Noe. Fakt został zanotowany lecz brak wystarczających przesłanek, żeby przewidzieć bliską lub odległą przyszłość. Kontekst w opowieści pisarza z całą pewnością ujawnia dlaczego pojawił się deszcz, domyślam się istotny, ze względu na porę roku, depresję bohaterki albo konieczność zmycia winy.

Poeta, który ujrzał niebo zakryte chmurami, widział je ciemne, nabrzmiałe i groźne, szukał jasnej gwiazdy, żeby rozświetlić swoją duszę, pragnął wybuchnąć swoimi pragnieniami, być gejzerem słów pięknych i namiętnych, stanął przed podniebnym nadmiarem wywołał deszcz i zamilkł wielokropkiem porażony wielością wzruszeń.

Norwid często zamilkał wielokropkiem. Jakby poddany ekstazie. W utworze „TO RZECZ LUDZKA!..."¹ pisał:


Byt – a wielkie bytów morza,
Oceanów zdrój żywotnych,
Gdzie myśl kąpie się, i z błotnych
Dróg ku tobie wraca, Boże!
To rzecz ludzka...


Czy można zwątpić? Czy wymaga dodatkowego namysłu? A może pochyl się tylko w zadumie nad wagą tego akapitu. Oto prawo pisarza. Dzisiejszy poeta, prawie dwa stulecia później, zawahałby się użyć trzech kropek w tym miejscu.

Poeci odkrywają Amerykę

Z relacji Ireny Kaczmarczyk na portalu www.literaci.eu:

„Podczas 43. Warszawskiej Jesieni Poezji odbyło się też seminarium poetyckie w Domu Pracy Twórczej w Oborach k. Konstancina. Prof. dr Andrzej Zieniewicz wygłosił referat „Poezja – strumień świadomości", a Leszek Żuliński zreferował zagadnienie „Poezja – strumień podświadomości". Temat wywołał bardzo żywą dyskusję (...)"

Moderatorzy dyskusji umiejętnie zahipnotyzowali uczestników seminarium, doprowadzając nawet do zakwestionowania „nieświadomości" jako źródła, z którego czerpiemy w procesie twórczym. Natomiast w konkluzji, sami poeci odkrywczo ustalili, że dzieło jest szczególnym efektem uświadomionego wydobywania kryształów z głębin własnej podświadomości, a staje się wybitne i piękne, jeśli jego autor doznał w natchnieniu twórczym iluminacji. Dodam w tym miejscu, iż byłoby błędem utożsamianie iluminacji ze stanem nadświadomości, która jest tylko Superego - sferą moralną człowieka.

Tymczasem znacznie wcześniej niż dzień 17 października 2014 roku, bo w 1991 wydano sztandarową książkę norweskiego nauczyciela filozofii i pisarza Josteina Gaardera „Świat Zofii", która przetłumaczona na ponad 50 języków została sprzedana w prawie 30 milionach egzemplarzy daje taki oto ogląd interesującego nas tematu:

„Poeci i malarze próbowali wykorzystać nieświadomość w swojej pracy twórczej. (...) Dla artysty bowiem ważne może być przełamywanie cenzury świadomości, aby słowa i obrazy mogły napływać zupełnie swobodnie. (...) co tkwiło w nieświadomości w pewnej chwili przemyka przez półotwarte drzwi do świadomości. (...) A potem nagle otwierają się wszystkie drzwi i wszystkie szuflady są otwarte. Wrażenia napływają same i możemy z nich wybrać akurat te słowa i obrazy, których w danej chwili potrzebujemy. Następuje to wtedy, gdy „uchylimy lekko pokrywę" do nieświadomości. To jest to, co nazywamy natchnieniem. Wrażenie, jakby to, co rysujmy lub piszemy, nie pochodziło od nas.(...) Dla artysty może być ważne, by rozum przestał kontrolować mniej lub bardziej świadomy napływ wrażeń."

I jeszcze coś na temat fantazji, rozumu i natchnienia:

Bruno Schulz współczesny

Autor Sklepów cynamonowychSanatorium pod klepsydrą w liście do Stanisława Witkiewicza pisał:

Gdyby sztuka miała tylko potwierdzać, co skądinąd zostało już ustalone – byłaby niepotrzebna. Jej rolą jest być sondą zapuszczoną w bezimienne. Artysta jest aparatem rejestrującym procesy w głębi, gdzie tworzy się wartość.

Kto może rozstrzygnąć jakim artystą był Bruno Schulz, pisarzem prozaikiem, poetą, malarzem, filozoficzną zapowiedzią, jak wrażliwym aparatem rejestrującym gdy:

Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca — lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy — surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nieuformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.
(Sklepy cynamonowe – Sierpień).

A był przewidujący, prawie wiek temu, ogarniał z perspektywy Drohobycza nieuchronność ludzkiego dążenia do samounicestwienia, do wydłużania gałęzi i jej podcinania w tym samym momencie. Chciał – nie chciał, stał się Schulz „prorokiem" Shyhty, która powołała się przeciw wojnie, nie pierwszej i drugiej lecz ostatecznej. Popatrzmy na miasto sprzed wieku, jego pragnienia i niemoc.

Plagą naszego miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo.
W ostatniej chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechu pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te negocjacje się kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący, rozczarowany tłum, który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie rozprószyć.
(Powyższy i następne cytaty Sklepy cynamonowe – Ulica Krokodyli)

Trochę z Pilcha i innych

„Stara zasada powiada, że w dobrym wierszu czy w dobrym opowiadaniu o rozpaczy, klęsce, bólu, słowa te paść nie powinny. W utworze o rozpaczy ni ma miejsca na słowo „rozpacz", w utworze o klęsce nie ma słowa „klęska", w utworze o bólu nie może paść słowo „ból".

Już jest

Almanach Shyhta 2015 dla zainteresowanych.
Czytaj więcej...

Odwiedziny

Ogólnie 18805

© 2014 – 2017, Shyhta - czasopismo literackie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opracowane przez Shyhta.