Ghaty

Zapraszamy do lektury debiutującej Autorki opowiadania "Ghaty" - Anetty Jaworskiej-Rutkowskiej. Jest to jeden z wielu utworów cyklu opowiadań, które są pokłosiem pobytu Autorki w Indiach.

_____

Ghaty, mistyczne miejsce kończące każdy cykl życia. Bardzo chciałam je zobaczyć. Narosłe tajemnicą i moimi wątpliwościami, czy moja noga powinna stąpać po tym terytorium.
W upalne niedzielne popołudnie pojechałam rikszą pod bramy hinduskiego końca świata. Prześlizgiwałam się dyskretnie pomiędzy skupionymi tłumami. Od drzewa do drzewa, trochę jak złodziej, który przyszedł ukraść najcenniejszy fragment świątynnego ołtarza. Kradłam im dusze, myśli, wplatałam się swoja obecnością w ich inkarnacyjne kręgi, nieuprawniona, nieupoważniona i niepokorna. Chciałam dotknąć tego świata swoimi emocjami. Z przygotowanym aparatem fotograficznym, ukrytym pod udrapowaną kurta pidżamą, owiniętym dupattą wędrowałam jak cień drzewa od miejsca do miejsca, gdzie odprawiane były różne obrządki.
Mycie ciał, nacieranie ich wonnymi olejami, owijanie w białe prześcieradła, kadzidła, duszący trupi zapach powolutku rozkładających się w upale martwych ciał, smród palonych zwłok i gnijącej Jammuny rozpościerał się ponad wszystkim.
Po każdym zwinnym kroku stawałam jak wbita w ziemię. Przeźroczysta i niewidzialna. Nie chciałam płoszyć unoszących się dusz nad ziemią, nie chciałam zbliżyć się do śmierci bliżej niż było to konieczne.

Mogłabym niechcący dotknąć tajemnicy jeszcze dla mnie nie przeznaczonej. Mogłabym wejść w posiadanie tajemnicy, która zaprowadziłaby mnie w miejsca trudniejsze niż mogłabym udźwignąć. Mogłabym nie móc wrócić z miejsc, do których bym się uniosła. Czekałam w skupieniu na kolejne wydarzenia. Bezszelestna, zasłuchana. Niewidoczna.
Podążałam za kolejnym tłumem, cicho, bez oddechu, jak członek rodziny opłakujący bliskiego. Zasypana popiołem z kadzideł i osnuta dymem z sąsiadujących katafalków. Jak indyjska, szara wiewiórka, z długim prążkowanym ogonem poruszałam się zwinnie pośród zbitego kolorowego tłumu.
Nie chciałam zetknąć się z tym martwiejącym konduktem utworzonym z opłakujących i bliskich, podążającym za marami, na których spoczywał spowity w biel nieboszczyk. Etatowe płaczki zawodziły bezzębnymi ustami nad ciałem zmarłego. Podnosiły w górę kościste, żylaste ręce i poruszały nimi jak konary suchych drzew.
Pogrążeni w zamyśleniu, unoszący się prawie nad popiołem ziemi, wędrowali na ostatnie miejsce cielesnego bytowania.
Wdowa, kobieta związana obietnicą, spoglądała posępnie niewidzącymi oczami na kształt w bieli. Sathi. Patrzyłam z uwagą czy będzie płonąć razem w jednym ogniu. Czy rzuci się w rozpaczy lub lęku przed przyszłym bezmężnym życiem. Życiem przy rodzinie, która z litości przygarnie owdowiałą, osamotnioną kobietę. Kobietę bez mocy życia. Pokorną i bezsilną. Czy będzie wolała zakończyć ten cykl życia i czekać na nowe i lepsze? Życia, które urodzi się z milczącego, pożerającego ognia i da jej ciepło nowego wcielenia?
Kobieta, która zdecyduje się na samobójstwo w ogniu -odchodzi jak bogini. Jest uświęcona, a jej bohaterski czyn błogosławi cały ród, z którego pochodzi. Błogosławieństwo przechodzi także na całą wioskę, całą społeczność, z której pochodzi. Jeśli jednak nie odważy się, z lęku przed cierpieniem, który przytrzyma ją przy życiu na ziemi, to nawet nie zdaje sobie sprawy w jakie piekielne czeluści zapadnie się wkrótce na ziemi. Jak hańba, która pokryje swoja rodzinę, hańba, która spłynie na całą wioskę wykluczy ją z całej społeczności, z biegu życia. Sathi to nie jest bohaterstwo, kiedy skwierczące w ogniu ciało, żywy trup kobiety wypala resztkę swojej przynależności do mężczyzny. To konieczność, która pozwoli jej odejść z tego świata jak świętość, z której cała wioska będzie dumna przez długie lata, a jej imię wypowiadane będzie jak „mantrowe” zaklęcie ustami wszystkich kobiet i mężczyzn jak fragment świętej pieśni, która pomoże odżegnać z ich życia nieszczęścia, głód czy choroby.
Spowite w białe materie ciało mężczyzny, oblane bawolim masłem, aby płomień mógł bezkarnie pożreć je w kilka zaledwie sekund, ginęło prawie bezszelestnie, wydając z siebie tylko cichy, lekko skwierczący pomruk, jakby oddech uchodził z niego wypalany stopniowo przez każdy, najmniejszy nawet, płomyczek.
Do końca, do cna, do prochu, który rozsypią później jego najbliżsi w pobliskiej rzece. Prochy, które połączą się z prochami przodków wirujących od wieków w magicznej przestrzeni wyznaczającej karmiczne cykle życia. Prochów nabierających mocy w kolejnych fazach przypływów rzeki i metalicznego, bezkresnego światła księżyca. Rzeki świętej- nie-świętej, będącej największą bakterią świata, ale i źródłem niekończącej się nadziei.
Patrzyłam jak leniwe powietrze przyjmuje coraz więcej spopielałych strzępków fruwających gęściej i gęściej nad marami, nad skamieniałym tłumem, nad moja głową.
Zszarzałe fragmenty białego płótna pomieszane z wonnymi olejami, wypalone szczapy drewna i wotywne kwiaty unosiły się teraz lekkie niczym ptasie piórka nad głowami żałobników. Przemieszczały się w gęstym, znieruchomiałym powietrzu pełnego rozpaczy, żaru nieokiełznanego słońca i pożądliwego ognia, pełnego pożegnania i żalu do niewiadomego wielkiego, że za szybko skończyło się to życie.
Kiedy ogień pożerał bezlitośnie kolejne zwłoki, jak rozjuszona bestia, która przychodzi w to samo miejsce każdego dnia, żerować od poranka po zmierzch i zawsze dostaje swoje upragnione pożywienie, próbowałam wydrzeć jej choćby małą cząstkę.
Głucha na głosy tych, którzy zabraniają na stałe utrwalać śmierć. Zaklinać jej blade oblicze na filmowej taśmie. Zamykać w ramki kadru niezamykalność, stanowiącą jednocześnie niewątpliwe zamknięcie.
Kiedy po kilku dniach mój przyjaciel z Kanady opowiedział mi, że próbował zrobić kilka zdjęć na delhijskich Ghatach, przynosząc ze sobą cały swój profesjonalny sprzęt, którym robił dokumentację z wielu wypraw dla National Geografic, ze zdziwieniem dostrzegł, że cała nowo założona klisza jest prześwietlona. Milczałam. Z niepokojem pobiegłam następnego dnia do małej budki pokrytej blachą, szczycącej się wielkim, poczerniałym napisem Kodak na żółtym, wyblakłym tle. Wywołałam swój zwój wyjęty z lustrzanki. Zostałam dopuszczona do kolejnego wtajemniczenia, pomyślałam z radością, oglądając przesączone śmiercią obrazy, które zachowały się w moich zamkniętych kadrach.

Już jest

Almanach Shyhta 2015 dla zainteresowanych.
Czytaj więcej...

Odwiedziny

Ogólnie 20854

© 2014 – 2018, Shyhta - czasopismo literackie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opracowane przez Shyhta.