Wywiady

Ślub oślepionego młodzieńca

O przeklinaniu Neptuna, o wchłanianiu statku w czarną dziurę, o byciu tajnym emisariuszem Jerzego Giedrojcia, o ludożercach z afrykańskiego buszu z Józefem Gawłowiczem rozmawia Wiesław Łuka.

Jest to kolejna rozmowa z cyklu: Rozmowy z najciekawszymi twórcami ZLP oraz prezesami Oddziałów. Projekt Wiesława Łuki uwieńczony zostanie wydaniem książki, która nie tylko zaprezentuje sylwetki twórców, ale również przedstawi bolączki środowisk twórczych.

Józef Gawłowicz

Stary wilk morski z dala od swego naturalnego żywiołu jest zwierzęciem prostym i sentymentalnym – to wyznanie bohatera powieści Józefa Conrada. Józefie, Kapitanie Żeglugi Wielkiej w stanie spoczynku, czy jesteś „prosty i sentymentalny”?

W znacznej części chyba jestem – na statku w normalnym rejsie rozkazy i życie jest proste, ludzie są życzliwi. W sztormach i walce z żywiołem załoga stanowi jeden organizm. Pewne cechy pozostają trwałe do końca życia. Marynarze, którzy schodzą ze statku po 40 latach pracy na morzu, po nagłej zmianie trybu życia źle się czują i starają się jeszcze pływać, o co bardzo trudno. Jest kompleks wilka, którego ciągnie do lasu. W snach marynarze okrętują na dobre statki i pływają z fajnymi kolegami. Na jawie takim marynarzom w stanie spoczynku czasem udaje się jeszcze pływać pod tanimi banderami, ale tam warunki pracy na zajeżdżonych statkach są podłe. Ja pływałem głównie w dobrej kompanii PŻM i sporadycznie u obcych, ale na zbożowcach z długimi postojami w porcie. W sumie pływałem trzy lata dłużej niż kapitan „Titanika” z tym, że nikogo nie utopiłem.

Wychodzę poza siebie

Z Kazimierzem Burnatem – poetą, prezesem Oddziału Dolnośląskiego ZLP i przewodniczącym Komisji Kwalifikacyjnej przy ZG ZLP rozmawiał Wiesław Łuka.

Kazimierz Burnat

Poeta egzystencjalny” – tak recenzuje Cię znany krytyk i filozof. Uzasadnia swój sąd „pogłębionym uwikłaniem egzystencjalnym” i „zwróceniem uwagi na rozpad więzi międzyludzkich”. Powiem szczerze i od razu proszę – nie sugeruj się moją opinią: ja nie znam znaczących poetów, prozaików, dramaturgów, w ogóle poważnych twórców, którym nie można by przyłożyć pieczątki „egzystencjalny” – a ty znasz takich?

Przytoczone cytaty recenzji nie oddają klimatu, jaki stworzył w niej Ignacy Fiut, choć istotnie podszedł do wierszy z tomiku Wiew przeznaczenia bardziej egzystencjalnie niż ja. Andrzej Zaniewski ten sam zbiór odebrał inaczej: „uznanie Przeznaczenia za siłę wiodącą w poezji, życiu i w niedługiej przecież człowieczej obecności na Ziemi, wymagało od poety szczególnej determinacji psychicznej, a jednocześnie pomagało mu nie tyle w tworzeniu (wyraźnego zresztą) dystansu do rzeczywistości, co w uzyskaniu względnego moralnego spokoju.” Przecież strach i lęki towarzyszą każdemu z nas – zwłaszcza poecie – i stają się częściej inspiracją niż udręką prowadzącą do niemocy. Powinnością człowieka jest rozumienie swojego bycia, aby przekraczać granice ludzkiego poznania. I w takim ujęciu mogę pozostać „poetą egzystencjalnym”.

Gdy czytam u innego recenzenta, że „egzystujesz na skomplikowanych bezdrożach”, to chętnie bym zapytał krytyka, czy można sobie wyobrazić „bezdroża nieskomplikowane”; bardzo mnie ciekawi Twoja reakcja na takie „odkrywcze” myśli.

Nie dostrzegam sprzeczności w tym stwierdzeniu. Wynika to ponadto z wierności przekładu recenzji czeskiego krytyka i poety, Jaroslava Schnercha, który zauważa właśnie, że z „Burnatowych wierszy unosi się jakaś cudowna intymność. Mimo, że egzystuje w skomplikowanych bezdrożach, w każdej sytuacji zachowuje dostojność”. Moja reakcja wiąże się zawsze z merytoryczną zawartością recenzji i charakterem interpretacji wierszy. A recenzja książki Za obzor, wydanej w Czechach, była rzetelna.

Bywa, że poeta nie wie, co czyni

Wywiad przeprowadzony przez Wiesława Łukę ze Stanisławem Nyczajem.

Stanisław Nyczaj

Wiesław Łuka – Człowiek zdalnie sterowany nie może znaleźć dla siebie miejsca – dawno temu to powiedziałeś. Czy dopadło Cię kiedyś takie uczucie?
Stanisław Nyczaj – Raczej lęk, że tak być może, gdy zbytnio przejmę się szyfrem cybernetyki społecznej, która mi wmawia, że jestem przez społeczno-cywilizacyjne mechanizmy tak dalece zdeterminowany, iż praktycznie nie mogę być wolny. Buntuję się przeciw temu, ironizując w wierszu „Zdalnie sterowany” z przebiegających mi drogę „czarnych kodów informacji do r e s p e k t o w a n i a” jako domniemań przesadnych, przestrzegających przed samowolą i zmuszających do ustawicznego trzymania się na baczności.
W.Ł. – Wielu Twoich kolegów po literackim „fachu” wyraża podobne uczucia: „Sięgam po słowo, / ono po mnie sięga. / Mijamy się w ciemności”. Ciemność – beznadzieja. Sporo twórców przez całe życie epatuje tą beznadzieją. A Ty nie! Nie poddajesz się. Czytam w następnej strofie: „Od wzajempragnienia / wokół się rozwidnia? / Zda się, dosięgam słowa? / Ono mnie, zda się, dosięga?”. Czy zawsze siłą woli sprawiałeś rozwidnianie?
S.N. – To osiągane zespolenie myśli i wyobraźni ze słowem często jest pięknym złudzeniem, co wyraża pytajnik po „wokół się rozwidnia?”. Ale pomimo to, powinno być obsesyjnym dążeniem każdego z nas. I chyba właśnie temu służy respektujący Przybosiowski wymóg „dociągania wiersza do ideału”. Nie godzę się w głębi duszy z niemożliwym w pełni efektem.
W.Ł. – Czyli nie wszystko musi się udawać – każde bohaterstwo ma słabsze strony. Żebyś stał się bohaterem naszej rozmowy z krwi i kości, opowiedz o niewyobrażalnym wysiłku niezakończonym kiedyś albo wczoraj takim sukcesem.
S.N. – Wciąż mam na oku parę i więcej tekstów odłożonych, domagających się jakichś zmian. Wracam nierzadko do dawniej ogłoszonych już wierszy, nawet tych w tomikach i publikuję je w następnych wyborach w nowym, lepszym, jak sądzę, kształcie. Tak było np. w przypadku poliptyku „Być”, opisanym na początku mojego eseistycznego studium „Metafizyka tworzenia”. Cóż, nie zakończyło się jednak sukcesem staranie o poemat w obronie zagrożonej cywilizacją przyrody. Tym bardziej nad tym ubolewam, że w mym opolskim okresie mocno angażowałem się, przez trzy lata zawodowo, w intensywne działania, będąc sekretarzem Zarządu Okręgu Ligi Ochrony Przyrody. Z młodzieńczym zapałem włączałem w dyskusje nad zmianami w przepisach o ochronie drzew. Tych wycinanych nagminnie przy chodnikach ulic w przemysłowych miastach, jak moje Opole, mające w swym obrębie aż cztery całodobowo pracujące bez filtrów cementownie. Stąd wziął się wiersz demaskujący proceder bezmyślnego niszczenia nie tylko zresztą drzewostanu, pt. „Miasto”: Idę ulicy kamiennym mostem. / Pode mną rzeka ziemi przepływa, /po bokach szczelne bariery murów, wzdłuż drzewa – rzeźby zielone. / Idę, zmagając się z tym powietrzem, / co winno rzeźwić, rozświetlać płuca, / uskrzydlać mięśnie. / Nade mną nieba brudnosurowy marmur. / Idę. / Próbuję roztętnić beton. / Pode mną rzeka ziemi przepływa, / lecz coraz słabsze jej żyzne wiry. / Ledwo kret przebrnie. Chciałbym kiedyś do tego znaczącego w skali uniwersalnej tematu powrócić.

Ścieżka buntownika czy dekadenta?

Rozmowa z Eugeniuszem Kurzawą przeprowadzona przez Wiesława Łukę.

Eugeniusz Kurzawa

- „Rozpadam się jak meteor dobiegający ziemi/ zapadam w siebie, w głąb ziemi bez korzeni / żyć / wiecznie niespełnione marzenia”...- wybitny poeta, dziennikarz, admirator kultury pisze o wiecznym niespełnieniu - to szczerość tego wyznania, czy kokieteria? A może rozbuchane ego i głód doznań ponad wszelką miarę?
- Wybitnym polskim poetą niezmiennie pozostaje Tadeusz Różewicz, najwybitniejszym zresztą, natomiast ja jestem jednym z wielu, jednym z setek, czy może tysięcy piszących wierszyki. Oczywiście poetą niespełnionym, bo na czym miałoby polegać moje spełnienie. Na tym, że napisałem kilka tomików, zredagowałem parę książek? Naturalnie jestem głodny doznań, ale także bywam realistą, ostatnio zresztą „zawodowym bezrobotnym”. Choćby ten status tonuje potrzebę górnolotnych doznań.
- Teraz fragment recenzji ostatniego tomu poetyckiego „Ćwiczenia z rozpaczy”: „Nie mogę zrozumieć tej skali smutku i rezygnacji... Geniu, czy naprawdę już nie żyjemy?”. Naprawdę już Pan nie żyje?
- Z filozoficznego punktu widzenie życie nie ma sensu. To przecież oczywiste. Z czego zatem się cieszyć? Że do piachu...? Poznaję fragment recenzji Leszka Żulińskiego...
- Wyznaje Pan, że nigdy nie osiągnął poziomu profesjonalizmu, ciągle czuje się amatorem. Dlaczego? Przepraszam za śmiałość, może należałoby porozmawiać z psychologiem?
- Ale proszę mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę się czuć amatorem? Sam wiem najlepiej, co wiem i co potrafię. To nie jest jakaś głupia samoocena i oczekiwanie zaprzeczenia, lecz prawdziwa, szczera wypowiedź. Studiowałem psychologię. Potrafię siebie ocenić i kontrolować. A poza tym porozmawiałem sobie z psychiatrą, żeby jeszcze lepiej siebie zrozumieć...

Nie będę się upokarzać

Z Aldoną Borowicz poetką, eseistką i prezesem OWZLP rozmawia Wiesław Łuka

„Czy ja jestem poetką? – tego nie wiem...” – usłyszałem to wyznanie w Domu Literatury. Jest to kokieteria, czy poczucie twórczego niespełniona?

Nie ma we mnie kokieterii. Ale nie mnie oceniać, czy jestem poetką.

A kto ma oceniać?

Czytelnicy.

My, czytelnicy oceniamy wartość intelektualną i artystyczną Twoich wierszy, ale że od kilkudziesięciu lat je piszesz, to chyba jesteś poetką?

Piszę bardzo mało, wydałam cztery tomiki, a to w czasach kiedy piszący ścigają się na ilość wydanych książek, może wywoływać zdziwienie (śmiejąc się). Nie będę teraz wyliczać klasyków, którzy za życia nie wydali ani jednej książki ani poetów – noblistów o bardzo skromnym dorobku ilościowym.

Jednak w licznych konkursach zbierałaś nagrody za poszczególne utwory, za debiutancki tom Monolog przed północą dostałaś stypendium twórcze im. Tadeusza Borowskiego, za Ogniem otworzę drzwi prestiżową nagrodę Witolda Hulewicza, wybitnego poety, rozstrzelanego przez Niemców w Palmirach. Ponadto piszesz recenzje poetyckie i eseje literackie – jest tego nie tak mało...

Mam świadomość, że mogłoby być więcej. Rzecz jednak w tym, że właśnie nie wiem, czy powinnam to wszystko wydawać, co napisałam i piszę. Niby mogę, ale bardzo uważam i długo podejmuję decyzję, co do publikacji. Postępuję inaczej niż wielu moich kolegów, którzy utykają wszędzie, co napiszą. A później się wychwalają, że napisali 3 tysiące wierszy. Ja nie liczę swoich wierszy – tych, które pozostawiam w rękopisach lub wyrzuciłam do kosza, bo one nie spełniły moich oczekiwań.

Jak to sprawdzasz? Czytasz je na głos?

Od tego trzeba zacząć, że nie zachwycam się nimi. One mi się bardzo szybko nudzą.

To po co piszesz?

Bo potrzebuję. To jednak nie znaczy, że mam się nimi zachwycać. Wolę, by się zachwycali czytelnicy. Kiedyś napisano do mnie prośbę, bym wybrała trzy własne (zaznaczono – najlepsze, które najbardziej lubię) wiersze do druku w czasopiśmie internetowym Szafa. Odpisałam wydawcom, że nie mam takich wierszy, a najbardziej lubię ten utwór, którego jeszcze nie napisałam, bo on jest dla mnie niewiadomą. Zaś to, co napisałam, stało się już tak odległe, że do tego nie wracam.

Bezradność wobec naszego istnienia

Z Markiem Wawrzkiewiczem, Prezesem ZG ZLP, rozmawia Wiesław Łuka:

Warszawskim odziałem Związku Literatów Polskich kierujesz prawie od piętnastu lat, a równocześnie zarządem głównym tylko trzy lata krócej - rozmawiamy w okresie wyborczym na nową kadencję, gdy Związek nie jest w najlepszej kondycji....

A który ze związków twórczych ma się lepiej? Tylko te najbogatsze – filmowcy, aktorzy, może plastycy. Pozostałe dogorywają pod rozczulonym spojrzeniem państwa.

To prawda – wiem na przykład, co się dzieje w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, gdzie jego członkowie, nawet ci z bardzo długim stażem, wzdychają: komu dziś potrzebne są takie związki? Od pisarzy i zasłużonych krytyków literackich słyszę identyczne westchnienia. Czy będziesz się ubiegał o prezesurę na kolejne lata?

Na pewno nie o kierowanie odziałem warszawskim; tego już wystarczy. Natomiast nie jestem jeszcze pewien co z zarządem głównym. I tak zdobyłem „srebrny medal” w konkurencji „najdłuższa prezesura”. „Złoty medal” na tym dystansie zdobył mój wielki, naprawdę wielki mistrz i nauczyciel, Jarosław Iwaszkiewicz; 25 lat na 95 lat historii Związku.

Co Ci najbardziej doskwiera po tych piętnastu latach?

Nie udało się zahamować procesu starzenia się naszej organizacji –średnia wieku wzrasta, młodzież literacka nie garnie się do nas, spotyka się w swoich grupach, wydaje swoje pisemka literackie. Nawet nie wiemy, gdzie, nie potrafimy do nich dotrzeć i przekonać, że ich miejsce jest tu. Przed transformacją ustrojową kwitło życie w kołach młodych . Teraz zamarło. Musimy wysłać naszych emisariuszy, odnaleźć lokale, w których się spotykają, nawiązać kontakty z liderami i zaprosić do siebie. Nie ma w Warszawie lepszego miejsca, piękniejszej kamienicy, z większym prestiżem i z tradycjami literackimi , niż nasza siedziba na Krakowskim Przedmieściu, przy Zamku Królewskim i Kolumnie Zygmunta. Nie możemy dłużej sami w niej siedzieć jak w oblężonej twierdzy. Powinniśmy młodym zaproponować parodniowe seminarium na przykład w naszym domu pracy twórczej, w podwarszawskich Oborach i porozmawiać o sposobach połączenia animuszu młodości z dojrzałością i doświadczeniem.

Człowiek – miał brzmieć dumnie

od dziecka kompleksem wrasta w ziemię
na chwiejnych nogach szeptem dzierży
przeszłość zapisaną w podświadomości

wygłodniałe pragnienia żebrzą
kromką i rumieńcem
półprzymkniętą powieką

skrojoną wiarę sam nakłada
na wzór pokoleń
gubi w lustrze twarz

tylko samotne drzewa nie budzą litości
oberwane liściem wznoszą dumnie gałęzie

J.T. – Kim jest współczesny człowiek? Ile w nim zostało człowieka, cennych wartości? – te pytania kieruję do Pani Elżbiety Frankowskiej – emerytowanej nauczycielki, Radnej Rady Miasta Złocieniec, miłośniczki fotografii i fotografowania, matki dorastających córek i oddanej dzieciom z niezmiennym zapałem.

Już jest

Almanach Shyhta 2015 dla zainteresowanych.
Czytaj więcej...

Odwiedziny

Ogólnie 18805

© 2014 – 2017, Shyhta - czasopismo literackie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Opracowane przez Shyhta.